Fragment 1 z 2
ROZDZIAŁY 1–3
Czy pieniądze dają szczęście? · Co teraz? · Co właściwie chcę ocalić?
Czytaj i słuchaj jednocześnie
Odtwarzacz pozostaje pod ręką podczas przewijania
Fragment do spokojnego czytania
Możesz czytać sam tekst albo uruchomić nagranie i przewijać stronę we własnym tempie.
Rozdział 1
Czy pieniądze dają szczęście?
Zacząłem od pytania, które właściwie nie powinno sprawiać większego kłopotu: czy ogromne pieniądze dają szczęście? Nie milion, dziesięć milionów ani nawet sto. Miliardy, biliony, jeśli trzeba. Tak dużo, żeby cena rzeczy przestała mieć znaczenie.
Pierwsza odpowiedź była właściwie twierdząca, choć z zastrzeżeniami. Wielki majątek usuwa mnóstwo problemów, które dla zwykłego człowieka są codziennością. Daje komfort, swobodę wyboru, dostęp do najlepszej medycyny, możliwość podróżowania, realizowania pomysłów i zabezpieczenia przyszłości. Nie gwarantuje pełni, ale bardzo skutecznie zwiększa zakres wolności.
Przyjąłem to i dołożyłem tylko jeden warunek: bezpieczeństwo. Bo co mi po miliardach, jeśli wszystko może skończyć się zbyt szybko? Przy odpowiednio wielkim majątku również tutaj można zrobić bardzo dużo. Najlepsi lekarze, stały monitoring zdrowia, prywatna ochrona, kilka miejsc zamieszkania, pieniądze rozłożone między różne państwa, dostęp do technologii i ludzi, których większość nigdy nie będzie mogła wynająć. Ryzyka nie da się wyzerować, ale można je mocno ograniczyć.
Tyle że wtedy pojawia się następny problem. Nawet najbogatszy człowiek nadal żyje w świecie, którego reguł sam nie ustala. Państwo może zmienić prawo, przyjść kryzys, wybuchnąć wojna, ktoś może próbować przejąć majątek albo zniszczyć człowieka, który go posiada. Samo bogactwo więc nie wystarcza. Potrzebna byłaby jeszcze władza. Dobrze. Dajmy mu również władzę.
Nie musi nawet formalnie rządzić. Wystarczy, że jego interesy są tak wielkie, wpływy tak szerokie, a sieć zależności tak mocna, że każdy, kto chciałby go zaatakować, musi liczyć się z ceną własnej decyzji. Człowiek ma więc pieniądze, bezpieczeństwo i wpływ na rzeczywistość wokół siebie. Nadal jednak pozostaje przypadek: jeden człowiek, który nie uzna reguł, fanatyk, zdrajca, błąd, wojna albo wydarzenie, którego nie przewidział żaden system ochrony.
Jeżeli eksperyment ma być uczciwy, trzeba usunąć również to. Nie interesowało mnie już, czy jest to realistyczne. Właśnie o to chodziło: za każdym razem, kiedy odpowiedź mogła powiedzieć „byłbym szczęśliwy, gdyby nie ten jeden brak”, usuwałem ten brak. Człowiek dostał więc absolutną ochronę. Nikt nie może go napaść, okraść ani zniszczyć. Tyle że nadal może zachorować, zestarzeć się, a na końcu pozostaje śmierć.
I właśnie tutaj eksperyment zrobił się ciekawy, bo śmierci nie da się już usunąć większym kontem bankowym. Skoro jednak sprawdzamy samą ideę, usuńmy i ją. Daję mu nieśmiertelność. Teraz naprawdę nie ma już gdzie uciec. Ma niewyobrażalne bogactwo, pełne bezpieczeństwo, władzę, zdrowie, nietykalność i czas bez końca. Jeżeli szczęście da się zbudować przez dokładanie człowiekowi kolejnych dóbr i możliwości, tutaj powinno już być kompletne.
I właśnie wtedy pojawiło się pytanie, którego na początku nie planowałem: jak długo chciałbyś tak żyć? Sto lat nie robi problemu. Tysiąc może jeszcze brzmieć jak niezwykła przygoda. Ale co z milionem? Miliardem? Skoro śmierci nie ma, nie pytam już, ile możesz żyć. Możesz zawsze. Pytam, co właściwie znaczy „zawsze” dla człowieka, który ma to przeżyć.
Odpowiedź próbowała ratować sytuację kolejnymi możliwościami: nową wiedzą, doświadczeniami, podróżami, światami, tworzeniem rzeczy, których dziś nawet nie potrafimy sobie wyobrazić. Wszystko to przyjąłem. Nie chciałem wygrać przez odebranie jej którejkolwiek z tych dróg. Dopiero wtedy wrócił mi na myśl Kohelet. Nie chciałem zaczynać od niego, bo wtedy odpowiedź byłaby ustalona jeszcze przed eksperymentem. Dopiero kiedy człowiek dostał wszystko, czego zażądał, jego słowa zaczęły brzmieć inaczej: nie jak pochwała biedy czy bezczynności, lecz jak ostrzeżenie, że można rzeczywiście zdobywać kolejne dobra, a mimo to nie dotrzeć do tego, czego szukało się od początku.
Wtedy wróciłem do pierwszego pytania: czy ogromne pieniądze dają szczęście? I tu stało się coś, czego wcześniej nie zauważałem. Odpowiedź nadal próbowała powiedzieć „tak”, ale zaczęła używać innych słów. Zamiast o szczęściu mówiła o komforcie, swobodzie, bezpieczeństwie, możliwościach i wysokiej satysfakcji z życia. A przecież nie o to pytałem. Pytałem o szczęście.
Przez cały eksperyment za każdym razem pozwalałem odpowiedzi się wzmocnić. Brakowało pieniędzy — dostała pieniądze. Brakowało bezpieczeństwa — dostała bezpieczeństwo. Potrzebowała władzy — dostała władzę. Śmierć psuła wynik — usunąłem śmierć. A mimo to na końcu nie potrafiła już obronić pierwotnego słowa.
Musiałem wtedy przyznać coś znacznie skromniejszego niż „pieniądze nic nie dają”. To byłoby po prostu nieprawdziwe. Dają bardzo dużo. Mogą realnie zmniejszyć cierpienie, zwiększyć swobodę i otworzyć możliwości niedostępne bez nich. Tylko że ja pytałem o coś większego. Nie wiem jeszcze, gdzie znajduje się pełnia i celowo nie chcę tutaj odpowiadać: „w Bogu”, bo wtedy cała droga byłaby ustawiona od początku.
Na razie wystarczy mi jedno: dałem pierwszej odpowiedzi wszystko, czego zażądała, a ona i tak musiała na końcu zamienić słowo „szczęście” na coś mniejszego. I właśnie to chciałem sprawdzić.
Rozdział 2
Co teraz?
Jeżeli pierwszy eksperyment dotyczył wszystkiego, co człowiek może mieć, następny zaczął się od czegoś jeszcze bardziej zachłannego: od wiedzy. Chciałem sprawdzić, co się stanie, kiedy przestaniemy zasłaniać niewiedzę brakiem czasu, pieniędzy, technologii czy odpowiednich narzędzi.
Punktem wyjścia był Wszechświat. Jego początek, czas, pytanie o to, jak daleko można cofnąć się w stronę pierwszych chwil rzeczywistości. W pewnym miejscu zaczynamy używać słów, które same robią się podejrzane. Pytamy, co było „przed” początkiem czasu, chociaż „przed” już zakłada czas. Próbujemy wyobrazić sobie miejsce, w którym przestrzeń jeszcze nie istnieje. Nauka może budować coraz lepsze modele, ale nadal pozostają granice danych i teorii.
No dobrze. W takim razie usuńmy również te ograniczenia. Nie interesuje mnie teraz, ile potrzeba na to pieniędzy ani czy ludzkość będzie zdolna zbudować odpowiednie urządzenia za sto czy tysiąc lat. Daję ci najlepszych naukowców, nieograniczoną moc obliczeniową, energię, technologię i tyle czasu, ile potrzebujesz. Jeżeli trzeba stworzyć nową fizykę — stwórz ją. Jeżeli trzeba czekać przez pokolenia — czekaj.
Na potrzeby eksperymentu zakładam nawet rzecz najważniejszą: udało się. Rozumiesz początek Wszechświata. Wiesz, czym jest czas. Znasz prawa rządzące rzeczywistością tak głęboko, jak tylko można je poznać. I co teraz?
Pierwsza odpowiedź nasuwa się sama: taka wiedza otworzyłaby kolejne możliwości, nowe technologie, następne dziedziny nauki. Jedna odpowiedź stworzyłaby dziesięć nowych pytań. Tylko że właśnie tego chciałem przez chwilę nie robić. Nie pytałem już, czego dowiemy się dalej. Pytałem: po co było nam to wszystko?
Jeżeli potrafimy opisać Wszechświat aż tak dobrze, zapewne potrafimy również znacznie lepiej przewidywać jego przyszłość. Wiemy, gdzie mogą pojawić się zagrożenia, jak długo mogą istnieć gwiazdy, jakie warunki będą potrzebne do dalszego życia. Odpowiedź szybko jednak przypomniała, że zanim człowiek zacznie martwić się tym, co stanie się za miliardy lat, może zniszczyć się znacznie wcześniej: wojna, katastrofa, choroba, własna głupota. To był rozsądny argument, tylko że nie pasował już do warunków, które wcześniej przyjęliśmy.
Jeżeli dałem człowiekowi narzędzia pozwalające poznać najgłębszą strukturę rzeczywistości, nie mogę ich nagle odebrać, kiedy pytanie zmienia się z „czy potrafisz wiedzieć?” na „czy potrafisz przetrwać?”. Niech więc wykorzysta tę wiedzę również do ochrony siebie. Niech zapobiega katastrofom, opuszcza miejsca, które przestają nadawać się do życia, korzysta z energii i technologii, których dziś nawet nie umiemy sobie wyobrazić. Nie stawiam granicy. Niech człowiek idzie tak daleko, jak potrafi.
I wtedy pojawiła się cena. Żeby przetrwać naprawdę długo, człowiek będzie musiał się zmieniać. To nie jest samo w sobie niczym złym. Już dziś leczymy ciało, zastępujemy jego uszkodzone części, przedłużamy życie. Nie widzę powodu, żeby z biologicznej kruchości robić wartość tylko dlatego, że jest naturalna. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy zmiana nie służy już człowiekowi, tylko dalszemu trwaniu za wszelką cenę.
Jeżeli ciało okaże się zbyt delikatne, można je coraz głębiej przekształcać. Jeżeli emocje staną się przeszkodą, można próbować je modyfikować. Jeżeli biologiczny organizm będzie ograniczał podróż przez ogromne odległości, może kiedyś pojawić się pomysł przeniesienia tego, co uznajemy za umysł, na inny nośnik. Im dalej chciałem uciekać przed końcem, tym bardziej trzeba było pytać, kto właściwie ucieka.
Na początku chciałem ocalić człowieka. Teraz zaczynałem słyszeć, że żeby go ocalić, być może trzeba będzie usuwać kolejne rzeczy, które składają się na jego człowieczeństwo. Człowiek jest przecież dziwnym stworzeniem. Kocha, chociaż miłość czyni go podatnym na cierpienie. Przywiązuje się, chociaż wie, że może stracić. Potrafi poświęcać czas i siły komuś słabszemu, mimo że z punktu widzenia własnego przetrwania nie zawsze mu się to opłaca. Cierpi również dlatego, że rzeczy i ludzie naprawdę coś dla niego znaczą.
Jeżeli któreś z tych cech okażą się przeszkodą w dalszym istnieniu, co zrobimy? I właśnie tutaj odpowiedź przestała być dla mnie tak oczywista. Nie dlatego, że technologia jest zła. Nie dlatego, że człowieka nie wolno zmieniać. Problem jest prostszy: jeśli w trakcie ratowania człowieka zmienię go w coś innego, nie wykonałem już pierwotnego zadania. Zmieniłem zadanie.
Wtedy dopiero przypomniała mi się druga odpowiedź na śmierć, której wcześniej celowo nie wprowadzałem. Chrześcijaństwo od dwóch tysięcy lat nie obiecuje człowiekowi nieskończonego przedłużania obecnej biologii. Mówi o zmartwychwstaniu. Sam fakt istnienia takiej obietnicy niczego jeszcze nie dowodzi. Nie chcę robić z niej argumentu tylko dlatego, że pasuje mi do dalszej części książki.
Mogę jednak postawić obok siebie dwie idee. Pierwsza mówi: uciekaj przed śmiercią tak długo, jak potrafisz, zmieniaj warunki, ciało i swoje możliwości, żeby tylko trwało coś dalej. Druga mówi: śmierci nie da się ominąć w nieskończoność; trzeba przez nią przejść, a człowiek ma zostać ocalony nie przez własną niekończącą się ucieczkę, lecz przez zmartwychwstanie. Nie wiem jeszcze, która odpowiedź jest prawdziwa. Widzę tylko problem z pierwszą.
Jeżeli cena zwycięstwa nad śmiercią ma polegać na tym, że po drodze wymienię wszystko, co sprawia, że jestem sobą, nie wiem już, kogo właściwie uratowałem. I wtedy powstało zdanie, którego na początku tego eksperymentu wcale nie miałem: „Jeśli żeby pokonać śmierć, muszę przestać być człowiekiem, to śmierć i tak wygrała.” Może przeżyć informacja, jakaś konstrukcja, pamięć albo inteligencja. Może powstać coś znacznie odporniejszego ode mnie. Tylko że od początku nie pytałem, jak ocalić cokolwiek. Pytałem, jak ocalić człowieka.
I dlatego następne pytanie pojawiło się właściwie samo: co właściwie chcę ocalić, kiedy mówię: „chcę żyć”?
Rozdział 3
Co właściwie chcę ocalić?
Zdanie, do którego doszedłem wcześniej, brzmiało mocno: jeśli po to, żeby pokonać śmierć, muszę przestać być człowiekiem, to śmierć i tak wygrała. Można byłoby na nim zakończyć i uznać, że brzmi wystarczająco dobrze. Tyle że właśnie takie zdania są najbardziej podejrzane. Łatwo zakochać się we własnej puencie, trudniej sprawdzić, czy rzeczywiście coś znaczy. Dlatego zamiast jej bronić, spróbowałem ją zaatakować. Co właściwie chcę ocalić, kiedy mówię: „chcę żyć”?
Najprostsza odpowiedź brzmi: siebie. Tylko że słowo „siebie” niewiele wyjaśnia. Moje ciało zmieniało się przez całe życie, wiele komórek dawno zostało zastąpionych innymi, zmieniały się moje poglądy, pamięć, sposób patrzenia na świat. Nie jestem dokładnie takim człowiekiem, jakim byłem dwadzieścia lat temu, a jednak nie mam poczucia, że tamten człowiek umarł i został zastąpiony przeze mnie. Istnieje jakaś ciągłość, której nie potrafię zamknąć w jednej części ciała ani w pojedynczym wspomnieniu.
Jeżeli więc przyszła technologia potrafiłaby stopniowo naprawiać moje ciało, wymieniać uszkodzone organy, przywracać sprawność, a nawet znacząco przedłużyć życie, trudno byłoby powiedzieć, że w którymś konkretnym momencie przestałem być sobą. Sama zmiana nie wystarcza, aby ogłosić utratę człowieczeństwa. To byłoby zbyt łatwe zwycięstwo. Trzeba więc pozwolić tej drodze iść dalej. Załóżmy, że można zachować pamięć, osobowość, historię życia, sposób reagowania, przywiązanie do ludzi, wszystko to, po czym moi bliscy rozpoznawaliby mnie jako mnie. Jeżeli ciało okaże się za słabe, dostanę inne. Jeżeli biologiczny mózg będzie przeszkodą, przyszła technologia być może znajdzie sposób zachowania tego, co nazywam świadomością. Nie wiem, czy coś takiego kiedykolwiek będzie możliwe, ale w eksperymencie nie chodzi o przewidywanie technologii. Chodzi o sprawdzenie argumentu. W takim razie dlaczego miałbym odmówić?
To był mocniejszy przeciwnik niż wcześniej. Nie proponował już, żeby człowieka po prostu zastąpić maszyną. Obiecywał zachować jego historię, pamięć i osobowość, a zmienić tylko to, co przeszkadza mu istnieć dalej. I właśnie tutaj musiałem uważać, żeby nie oszukać samego siebie. Nie mogłem odpowiedzieć, że „prawdziwy człowiek musi mieć dokładnie takie ciało jak dzisiaj”, skoro sam wiem, że ciało przez całe życie się zmienia. Nie mogłem również uznać każdej ingerencji za zdradę człowieczeństwa, bo wtedy należałoby podejrzliwie patrzeć na przeszczepy, protezy, sztuczne zastawki serca i całą medycynę. Granica musiała leżeć gdzieś indziej.
Zacząłem więc myśleć nie o materiale, z którego człowiek jest zbudowany, lecz o tym, czego utraty rzeczywiście bym się bał. Nie chcę tylko pamiętać, że kiedyś kogoś kochałem. Chcę nadal potrafić kochać. Nie wystarczyłby mi doskonały zapis tego, że kiedyś martwiłem się o dziecko, jeżeli istota, która odziedziczy moje wspomnienia, nie będzie już potrafiła się o nikogo martwić. Nie zależy mi na archiwum wzruszeń. Zależy mi na możliwości wzruszenia. Nie chcę katalogu dawnych więzi, ale zdolności tworzenia więzi nadal. Właśnie tutaj „zachować informację o człowieku” i „zachować człowieka” zaczęły się rozchodzić. Tyle że kiedy wypowiedziałem to w ten sposób, pojawiła się konsekwencja znacznie mniej przyjemna.
Jeżeli chcę zachować zdolność kochania, muszę również zachować możliwość utraty kogoś, kogo kocham. Jeżeli chcę naprawdę się przywiązywać, muszę dopuścić ryzyko rozstania. Jeżeli człowiek ma być zdolny do troski, musi istnieć coś, o co może się bać. Jeżeli nic nie może go zranić, trudno powiedzieć, co właściwie znaczy jego wrażliwość. Nagle okazało się, że wybierając człowieka, próbuję ocalić również rzeczy, od których całe wcześniejsze rozumowanie chciało go uwolnić. Ból. Stratę. Lęk. Cierpienie. W końcu śmierć.
I tutaj pytanie wróciło przeciwko mnie. Skoro mogę wyobrazić sobie istnienie, które usunie te rzeczy, dlaczego miałbym dobrowolnie wybierać człowieczeństwo razem z całym jego kosztem? Czy nie zachowuję cierpienia tylko dlatego, że jestem do niego przyzwyczajony? Czy nie romantyzuję własnych ograniczeń? Może przyszły człowiek spojrzałby na nasze rozważania dokładnie tak, jak my patrzymy na dawne przekonanie, że cierpienie podczas operacji jest nieuniknione.
To było poważne pęknięcie i nie chciałem go szybko zakleić. Bo przecież usunięcie cierpienia samo w sobie byłoby czymś dobrym. Nikt rozsądny nie wybiera bólu z tego tylko powodu, że jest „ludzki”. Jeśli potrafimy wyleczyć chorobę, leczymy ją. Jeśli potrafimy zmniejszyć cierpienie, powinniśmy to robić. Obrona człowieczeństwa nie może oznaczać kultu kruchości ani przekonania, że im więcej człowiek cierpi, tym bardziej jest człowiekiem.
A jednak pozostawała różnica między usunięciem konkretnego cierpienia a przebudowaniem człowieka w taki sposób, żeby nie mógł już cierpieć z powodu kogokolwiek i czegokolwiek. Cena takiej odporności zaczęła wyglądać podejrzanie. Bo jak zbudować istotę, która może kochać, ale której utrata kochanej osoby nic nie zrobi? Jak zachować prawdziwą więź, a jednocześnie zagwarantować całkowitą niewrażliwość na jej zerwanie? Można oczywiście zmniejszyć ból. Można zmienić reakcję. Można może kiedyś wygasić ją całkowicie. Tylko wtedy trzeba zapytać, co dokładnie zostało wygaszone razem z nią. I nagle eksperyment nie dotyczył już śmierci. Dotyczył ceny człowieczeństwa.
Wtedy powiedziałem coś jeszcze bardziej niewygodnego: jeśli naprawdę chcę ocalić siebie jako człowieka, muszę wiedzieć, co wybieram. Nie tylko miłość, piękno, bliskość i radość, ale również całą prozę życia, która ciągnie się za nimi jak cień: nieszczęście, rozstanie, ból, cierpienie i śmierć. Dopiero kiedy położy się na stole cały ten pakiet, wybór staje się uczciwy.
I wtedy pojawiło się pytanie, którego nie dało się już ominąć. Czy taki wybór jest racjonalny? Pierwsza odpowiedź kusi prostotą. Jeśli racjonalność oznacza minimalizację cierpienia, ryzyka i prawdopodobieństwa śmierci, wybór kruchego człowieczeństwa wygląda nierozsądnie. Jeżeli istnieje droga, która pozwala istnieć dłużej, bezpieczniej i bez bólu, rachunek wydaje się jednoznaczny. Tylko że tutaj znowu można niepostrzeżenie oszukać pytanie. Redukując rozum do kalkulatora przetrwania, wcześniej ustalam wynik, który później rzekomo z niego otrzymuję.
Rozum potrafi przecież dostrzec również, że kopia nie musi być oryginałem, że ciągłość informacji nie musi oznaczać ciągłości osoby, a sposób usunięcia cierpienia może jednocześnie usuwać zdolności, dla których warto było ocalać życie. Potrafi zapytać, czy środek nie zniszczył celu. Właśnie rozum doprowadził mnie przecież do miejsca, w którym zacząłem podejrzewać techniczne zwycięstwo nad śmiercią o to, że może być zwycięstwem wyłącznie z nazwy.
I właśnie to jest dla mnie granica całego eksperymentu: ocalenie człowieka nie może odbyć się kosztem człowieka.
A jednak nawet po wykonaniu całej tej pracy rozum nie uwalnia mnie od decyzji. Może pokazać cenę jednej drogi i cenę drugiej. Może wykryć sprzeczność, odrzucić oszustwo, sprawdzić, czy przypadkiem nie zmieniłem definicji w połowie rozmowy. Nie może jednak przeżyć za mnie mojego życia ani wybrać za mnie, co jestem gotów utracić, żeby zachować siebie.
Jeśli żeby pokonać śmierć, muszę przestać być człowiekiem, śmierć może rzeczywiście wygrać — nie dlatego, że człowiek powinien kochać własną kruchość, lecz dlatego, że zwycięstwo, w którym po drodze znika ten, którego mieliśmy ocalić, jest zwycięstwem tylko z nazwy.
