Fragment 1 z 9
PROLOG
O Bogu, którego człowiek pomylił z własnym obrazem
Czytaj i słuchaj jednocześnie
Odtwarzacz pozostaje pod ręką podczas przewijania
Fragment do spokojnego czytania
Możesz czytać sam tekst albo uruchomić nagranie i przewijać stronę we własnym tempie.
Prolog
Skąd wiem, do kogo się modlę? Skąd wiem, że zwracam się do Boga, a nie do własnego wyobrażenia o Nim? Które słowa o Bogu pochodzą z Ewangelii, a które z mojego lęku, krzywdy albo potrzeby kontroli? Czy można przez lata bronić Boga, którego On sam nigdy nie objawił?
Nie wiem, kiedy po raz pierwszy stworzyłem Boga na swój obraz. Nie było jednej chwili, w której świadomie postanowiłem, że odtąd bardziej zaufam własnym wyobrażeniom niż Jemu. Działo się to powoli, niemal bezszelestnie. Pojedyncze słowa zasłyszane w dzieciństwie łączyły się z cudzymi odpowiedziami, moimi pragnieniami, lękami, rozczarowaniami i modlitwami. Z czasem powstała z nich twarz tak znajoma, że przestałem pytać, czy naprawdę należy do Boga. Przecież się modliłem, chodziłem do kościoła, czytałem Pismo i próbowałem żyć wiarą. Wszystko wskazywało na to, że rozmawiam z Bogiem takim, jaki jest.
Dopiero później pojawiło się pytanie, które początkowo brzmiało niemal jak zdrada: skąd wiem, że nie zwracam się przede wszystkim do własnego obrazu? Zrozumiałem wtedy, że to pytanie nie musi podważać wiary. Może ją ocalić: wiara, która nie pozwala korygować własnych wyobrażeń, łatwo zamienia się w przywiązanie do bożka noszącego święte imię. Dziecko przyjmuje słowa dorosłych bez rozbierania ich na części. Słyszy, że Bóg jest dobry, kocha, widzi wszystko i odpowiada na modlitwy.
Potem jednak przychodzi życie, a wraz z nim pytania, których nie da się uciszyć zdaniem zapamiętanym z katechezy: dlaczego umiera dziecko, za które modliła się cała rodzina; dlaczego człowiek uczciwy zostaje zmiażdżony przez chorobę; dlaczego krzywdzący innych czasem żyje długo i spokojnie; dlaczego jedna prośba kończy się niespodziewanym ocaleniem, a druga ciszą. Człowiek źle znosi ciszę, zwłaszcza tę zapadającą po modlitwie. Cisza nie zamyka bólu w logicznej formule i nie pozwala szybko odzyskać kontroli. Dlatego próbujemy ją zapełniać. Mówimy, że Bóg tak chciał, miał plan, zabrał kogoś do siebie albo potrzebował kolejnego anioła.
Niekiedy robimy to z dobrej intencji, bo nie umiemy stać obok cudzego cierpienia z pustymi rękami. Dobra intencja nie daje nam jednak wiedzy o zamiarach Boga. W takich chwilach pojawia się jedno słowo, które zdradza więcej, niż przypuszczamy: „powinien”. Bóg powinien uzdrowić, skoro prosiliśmy wystarczająco gorąco. Powinien zatrzymać człowieka podnoszącego rękę na niewinnego. Powinien wyjaśnić swoje milczenie, zanim nasze zaufanie zacznie pękać. Pragnienie świata bez przemocy, choroby i śmierci nie jest złe; nosi w sobie tęsknotę za pełnią.
Problem zaczyna się wtedy, gdy z własnej tęsknoty budujemy dokładną instrukcję dla Nieskończonego, a później oskarżamy Go o niewykonanie roli, której nigdy nie przyjął. Prawie niezauważalnie przechodzimy od zdania „tak rozumiem Boga” do zdania „taki Bóg jest”. Między nimi znajduje się przepaść. Pierwsze pozostawia miejsce na dojrzewanie, korektę i pokorę. Drugie może zamknąć Tajemnicę w ludzkiej definicji, a następnie uznać każdą próbę jej poszerzenia za atak na wiarę. Pycha nie zawsze mówi, że nie potrzebuje Boga. Czasem zna religijny język i z całkowitą pewnością oznajmia, co Bóg myśli, czego chce i dlaczego dopuścił konkretne cierpienie.
Nie wszystkie obrazy Boga rodzą się jednak z intelektualnych błędów. Wiele z nich wyrasta z ran. Człowiek odrzucony może spodziewać się, że Bóg także odwróci twarz; wychowany w miłości warunkowej może traktować łaskę jak nagrodę za bezbłędne zachowanie; skrzywdzony przez surowego ojca może przenieść jego spojrzenie na Ojca w niebie. Wtedy nawet prawdziwe zdania wiary przechodzą przez pęknięte szkło i docierają do serca w zniekształconym kształcie. Nie wystarczy zatem powiedzieć komuś: „Bóg jest miłością”. Trzeba jeszcze zapytać, co słowo „miłość” znaczy w jego historii.
Dla jednego będzie bezpieczeństwem, dla drugiego kontrolą, dla trzeciego warunkiem, który może zostać cofnięty. Podobnie słowa „Ojciec”, „posłuszeństwo”, „ofiara” i „wola Boża” mogą otwierać drogę do Boga albo uruchamiać pamięć o człowieku, który używał ich, aby podporządkować sobie innych. Chrześcijaństwo nie skazuje nas jednak na nieskończone krążenie pomiędzy własnymi projekcjami. Bóg objawił się, a najpełniej uczynił to w Jezusie Chrystusie. Dlatego każda twarz przypisana Bogu musi stanąć przed Jego sposobem patrzenia na słabych, dotykania odrzuconych, nazywania grzechu, przebaczania, stawiania granic i oddawania życia.
Chrystus nie jest dekoracją dodaną do naszych wcześniejszych wyobrażeń. Jest miarą, która potrafi je rozsadzić. Jeżeli widzę Boga jako bezlitosnego władcę zadającego cierpienie dla potwierdzenia swojej potęgi, muszę spojrzeć na Jezusa pochylającego się nad chorymi. Jeżeli wyobrażam sobie obojętnego obserwatora, muszę zatrzymać się przy grobie Łazarza. Jeżeli sądzę, że Bóg gardzi słabymi, muszę zobaczyć Chrystusa przy stole z ludźmi, których religijni porządni woleli trzymać na zewnątrz. Jeżeli wierzę, że Bóg patrzy na ból z bezpiecznej odległości, muszę stanąć pod krzyżem. Krzyż nie rozwiązuje każdej tajemnicy.
Nie odpowiada matce, dlaczego umarło jej dziecko, ani nie wyjaśnia całej historii wojny, nowotworu czy przemocy. Objawia jednak coś, czego nie wolno przeoczyć: Bóg nie pozostaje poza ludzkim cierpieniem. Nie wygłasza o nim teorii z wysokości niedostępnego nieba, lecz wchodzi w bezsilność, niesprawiedliwy wyrok, opuszczenie i śmierć. Chrześcijańska odpowiedź na cierpienie nie jest najpierw teorią. Jest Obecnością. Przez długi czas taka odpowiedź może wydawać się zbyt mała. Człowiek chce wyjaśnienia, które przywróci światu logiczny porządek, a otrzymuje obietnicę obecności.
Dopiero po czasie odkrywa, że wyjaśnienie może pomóc zrozumieć ból, lecz obecność pomaga go unieść. Nie usuwa rany i nie nazywa jej dobrem, ale nie pozwala, aby pozostał w niej sam. Być może jednym z najgłębszych nawróceń jest przejście od Boga, którego sobie wyobraziłem, do Boga, który naprawdę jest. Ta droga nie kończy się po jednym odkryciu. Kolejne maski przyrastają do twarzy Boga przez całe życie: maska lęku, krzywdy, niewysłuchanej modlitwy, surowych ludzi mówiących w Jego imieniu i odpowiedzi mających uciszyć pytanie. Bóg nie staje się jednak surowy z powodu mojego lęku ani obojętny z powodu niezrozumienia Jego milczenia.
To obraz przesłania mi Oblicze. Być może przez wiele lat prosiłem Boga, aby zdjął maskę. Dopiero teraz zaczynam rozumieć, że to nie On ją nosił. To ja zakładałem Mu kolejne twarze, a później walczyłem z nimi, broniłem ich albo żądałem, aby odpowiadały na moje modlitwy. Ta książka jest próbą zdejmowania ich po jednej — nie po to, aby po wszystkim pozostała pustka, lecz aby spod ludzkich projekcji mogła wyłonić się twarz Chrystusa.
Czy pytasz Boga, kim jest — czy jedynie dlaczego nie spełnił roli, którą Mu wyznaczyłeś?
